Matterhorn granią LION (plus Breithorn w bonusie)

Tatry są wspaniałym miejscem do eksploracji, przeżywania przygód, wspinania czy po prostu resetowania głowy. Udało mi się odwiedzić sporo miejsc i szczytów, przewspinać kilkanaście dróg zarówno latem jak i zimą co jednak jest zaledwie małym ułamkiem tego co można by zrobić w Tatrach, a mimo to ciągnie człowieka w inne góry. Jako że zbliżało się lato i kwestia ogarnięcia tego co będziemy robić podczas urlopu, decydujemy się  na Alpy i Matterhorn, granią Lion.

1 sierpnia lecimy do Bergamo, skąd autobusami przedostajemy się kolejno do Mediolanu , Chatilion i ostatecznie do Breul-Cervini. Wysiadamy nad stawem Lago Blu i tam szukamy miejscówki do spania, gdyż do nocy już niedaleko. Na pobliskiej farmie dowiaduję się iż na rozległych polanach raczej nie powinnyśmy się rozbijać z namiotem, gdyż jest to miejsce wypasania zwierząt. Idziemy więc trochę dalej w stronę lasu i znajdujemy dogodne miejsce, gdzie rozkładamy nasz żółty chałupek. Chwilę później zaczyna padać i nieźle walić piorunami. Pierwszy raz burza robi na mnie takie wrażenie. Będąc w dolinie, hałasy odbijają się  od skalnych ścian robiąc potężne akustyczne fale. Ma się wrażenie jakby pioruny łoiły tuż nad nami :D
Matterhorn widziany Cervini ( Lago Blu)
O poranku zostawiam Gosię i udaję się do Cervini w poszukiwaniu gazu, którego nie udało nam się zakupić go w Mediolanie. Polowanie na szczęście nie trwa długo i zdobywam paliwko. Przyznam się szczerze, że odczułem ulgę gdy zauważyłem na wystawie sklepowej kartusz do kuchenki. Jakoś nie uśmiechało by mi się jeść samej suche karmy ;)

Po spakowaniu gratów i wysuszeniu namiotu po nocnej burzy, udajemy się do punktu z którego odjeżdżają kolejki na Plan Maison, Plan Gendie i Plateau Rosa. My jedziemy na ostatnią stację i drepczemy pod schronisko Rifugio Guide del Cervino. Tam zamieniam kilka słów ze starszym panem, będącym pracownikiem schronu, który pozwala nam  rozbić się nieopodal na śniegu. Po rozłożeniu rupieciarni, spacerujemy na Kelin Matterhorn w celu aklimatyzacji. Droga jest dość ewidentna, bez jakichkolwiek trudności. Jedynie ćtapowaty śnieg utrudnia marsz. Po dotarciu na 3800 można się przyjrzeć bliżej Breithornowi, który z tamtej perspektywy wygląda całkiem fajnie.
Breithorn widziany z Klein Matterhorna
Jako że nigdy nie byłem wyżej niż na Gerlachu, to po powrocie do namiotu zaczyna mnie boleć głowa. Są to typowe bóle przypominające migrenę, którą miewam czasami na nizinach. Noc nie należy do udanych , ale rano jest już normalnie.

Następnego dnia wstajemy dość wcześnie rano i udajemy się na Breithorn. Tuż przed wyjazdem Gosia zaczęła marudzić na Breithorna i “że ona nie chce iść”, na szczęście  teraz się jej odmieniło. Breithorn to dość łatwy 4 tysiącznik bez poważniejszych trudności technicznych. Ot taki pagór, na którym trochę trzeba wypocić. Oczywiście trzeba uważać na szczeliny i powinno się być przygotowanym na ewentualność wydostawania bądź wydobywania kogoś  z owych szczelin. My na szczęście takowych spotkaliśmy niewiele.

O ile samo podejście może jakoś nie zapiera tchu w piersiach , to na szczycie jest niczego sobie :D
Breithon panorama
Gosia na szczycie Breithorna
Sam spacer na Breithorn zajmuje nam powolnym seniorskim tempem, tam i z powrotem jakieś 7 godzin. Tym razem w czaszce nie dymi, jedynie mordeczka mi się lekko przypiekła.

Następnego dnia zjeżdżamy na dół do Cervinii i udajemy się piechotką pod schron Abruzzi na 2800. Początkowo w planach była podróż na bogato, terenowym autkiem za 100 eurasków, co by nie dźwigać ponad 30 kilogramowych worów. Na szczęście Pani z Abruzzi poinformowała mnie przez telefon, że samochód przez dwa dni nie kursuje. Na szczęście ?? Ano cebula się zgadza ;)

Po dotarciu w okolice Abruzzi rozbijamy namiot nad stawem Lago Orionde I. W przeciwieństwie do Szwajcarii, we Włoszech nie tępi się biwakowiczów i nie wlepia im się horrendalnych mandatów. Można śmiało rozbić się pod samym Matterhornem i nikomu to nie przeszkadza pod warunkiem, że będziesz szanował przyrodę i innych biwakowiczów. Okolica jest cicha i spokojna, w odwiedziny wpadają koziorożce, jest na czym zaczepić oko. Żyć nie umierać.
Matterhorn widziany naszego basecampu na 2800 Breithorn w oddali
marabut
Gosia - Ruda z wyboru Marabut Gosia Ruda z wyboru
Następnego dnia czas wypełnia nam obozowa rutyna czyli filtrowanie wody, gotowanie, ogarnianie bałaganu w namiocie. W okolicy rozsiane są drewniane pozostałości po jakiejś konstrukcji, które batonuję finką. Urządzam nasz “salon” robiąc ławki, ławę i palenisko. Po południu zjawiają się kolejni biwakowicze, którzy okazują się być Polakami :) Pozdro dla chłopaków !
Biwakowicz z Polski
Jako że nie chce mi się siedzieć za bardzo na tyłku, udaję się pod kominek Whympera, robię kilka fot i złażę na dół.
podejscie do schroniska Carrela
Prognozy pogodowe na najbliższe kilka dni nie są zbyt obiecujące: opady śniegu, deszczu, zachmurzenie, burze itp. Dopiero za tydzień w sobotę ma być piękne okno, które ostatecznie uznajemy za najlepsze do podejścia na Matterhorna. Czasu mamy dużo więc możemy sobie pozwolić na czekanie. Ważne tylko żeby nie pozwolić wkraść się nudzie.

Jako że w poniedziałek do godziny 12 pogoda ma być nie najgorsza, postanawiamy odwiedzić schronisko Carreli na 3800. Droga jest dość ewidentna i jeśli ktoś wcześniej szwendał się po Tatrach poza szlakiem i umie korzystać z kopczyków, to nie powinien mieć problemów z odnalezieniem trasy. Początkowo jest banalnie, niczym na zwyczajnym górskim szlaku, następnie pokonujemy grzędy,piarżyska, kominek Whympera, znowu system grzęd i piarżysk, aby móc następnie trawersować w prawo na przełęcz Col du Lion na 3580.

Cervinia w oddali
Po lewo na dole widać taką małą żółtą i pomarańczową kropkę. Ta żółta to nasz namiot.

góry panorama przełecz Col de Leone A tutaj na przełęczy Col du Lion.Gosia na przełęczy Col de Leone
widok z przełęczy Col de LeoneZ przełęczy jest już odrobinę trudniej, bo musimy uruchomić trochę mocniej 4 kończyny. Na naszej drodze będzie do pokonania mały kominek, kilka płyt i 10 metrowa pionowa ścianka. W wielu miejscach znajdują się liny, które ułatwiają pokonywanie wysokości.
widok Col de Leone, ppo lewej Cervinia w oddali
Po dotarciu w okolice schronu należy podejść do niego z prawej strony, my niestety o tym nie wiedząc podchodzimy z lewej, prosto na kałowe pola utworzone przez spadające odchody z dziury latryny. Na szczęście w tamtej chwili nikt nie stawiał figurki z brązu.
Schronisko Carreli
Chata Carella to prawdziwy schron, w pełnym tego słowa znaczeniu. Są tam łóżka z kocami, mała jadalnia z kuchenką do topienia śniegu i gotowania wody, oraz latryna. Nie ma tam stricte pracowników, jedynie przewodnicy, którzy przychodzą z klientami i zbierają opłatę po 20 euro od łepka.  I to wszystko.
Carreli Refugio drużyna Stefana
Pogodę podczas podchodzenia mieliśmy całkiem niezłą, niestety teraz zaczyna się ona psuć. Z tarasu widać wszędzie gęsto mleko, które raz po raz przerzedza się i gęstnieje na przemian. W chwilach lepszej widoczności strzelam foty.

Podczas schodzenia na dół do namiotu, mamy małą przygodę. Przy jednym stanowisku zgadujemy się z Litwinem i postanawiamy związać nasze liny aby skrócić ilość zjazdów. Niestety podczas ściągania jednej z żył dochodzi do zaklinowania węzła. No i ktoś musi z powrotem włazić do góry :/ Pada na mnie. Śmieszne jest to, że kilka minut wcześnie rozmawialiśmy o prawie Murphiego ;)

Nazajutrz postanawiam zejść do Cervini po kilka piwek i jakieś papu, które było by urozmaiceniem naszej batonowo-liofilizowanej diety. Zaopatrzenie robię w markecie Crai, w którym ceny są dość przystępne nawet dla nosaczy. Po powrocie robimy sobie porządne ognicho z kabanosami udającymi kiełbę i zimnym browarkiem.


Kilka kolenych dni to czas oczekiwania na upragnione okno pogodowe. Pstrykamy foty, lenimy się, ja robię ludziki z puszek, ogarniam drewno, no i obserwujemy Matta.


Matterhorn w chmurach
No nareszcie nadchodzi piątek, czyli dzień ponownego wymarszu do schronu Carrela. Do przełęczy mamy bardzo dobry czas niestety dalej jest już gorzej.

Okazuje się iż ruch na trasie do Carrela jest bardziej wzmożony niż zwykle i w miejscach oporęczowanych robią się korki. Na domiar złego Gosia obciążona cięższym niż wcześniej plecakiem, nie może pokonać pionowego 10 metrowego podejścia. Ja na górze, Gosia na dole. Mijają nas kolejne osoby, a w mojej głowie rodzi się wizja zajętych łóżek. Pojawia się też myśl, że jeśli taki element drogi jest poważną przeszkodą dla Gosi to nie mamy szans na szczyt. Delikatnie mówiąc, robi się nerwowo. Ostatecznie wciągam plecak Gosi na linie, a ona pokonuje przeszkodę.

Po dotarciu do Carrela zastajemy dwa wolne łóżka, które zabookowali nam,wcześniej spotkani na szlaku, Stefan ze swoim partnerem wspinaczkowym. Wielkie dzięki Panowie !!
widok ze schroniska Carrela
A tutaj wieczorny widok ze schronu Carrela.

Następnego dnia wstajemy dość wcześnie, coś okoł 3 20. Niestety w tym działaniu nie jesteśmy osamotnieni i w jadalni robi się dość tłoczno.

Już na pierwszym wyciągu okazuje się iż na podstawową kulturę wspinu, taką jaka ma miejsce w Tatrach, nie ma co liczyć. Dla przykładu: przewodnik ciągnący swojego klienta nie zważa na nic, co po chwili skutkuje wywrotką podopiecznej, która na szczęście zatrzymuje się na stalowej linie. Brawo ! Nie wpływa to dobrze na Gosi psychę, a ja sobie mamroczę po nosem “Co za chooyki”.

Niestety jako team jesteśmy dość powolni. Gosia z racji nienajmocniejszej psychy potrzebuje nonstop asekuracji, co spowalnia cały proces pokonywania drogi.

Po dostaniu się na grań robi się dość wietrznie. Momentami wiatr chlaszcze drobinkami lodu po twarzy i robi się nieprzyjemnie fizycznie, ale za to głowa podpowiada “that’s the shit, czas na przygodę”. Niestety Gosia nie podziela mojego wewnętrznego entuzjazmu  i nie bardzo jej się podobają zimowe warunki na podejściu pod Pic Tyndala. Na dodatek coraz bardziej siada jej psycha.



Kilkadziesiąt metrów przed Tynadalem, Gosia rezygnuje z dalszego pokonywania drogi. Niestety tutaj nasza wycieczka się kończy. Postanawiam, że podejdę jeszcze te dwa wyciągi sam i że zobaczę jak sprawa wygląda wyżej, no i odklepie przynajmniej te 4200 ;)

Jeszcze trochę wysiłku i stanęlibyśmy na szczycie, no ale nic na siłę.
widok na Matterhorn ze Pic Tyndal
A tutaj po prawej Matterhorn, widziany z 4241.

No cóż, nie udało nam się zdobyć szczytu, ale jakoś mnie to bardzo nie zasmuciło bo wiem, że jeszcze wrócę na Matta dokończyć tą drogę.

 

Jeśli ktoś wybiera się na Matta podaje kilka informacji praktycznych (info 2018)

Transport

Warszawa >> Mediolan Bergamo  Tanimi liniami Wizzair

Bergamo >> Mediolan Centrale  Autobus z lotniska 5 euro

Mediolan Centrale >> Mediolan Lampugnano Metro 2 euro

Mediolan Lampugnano >> Breuil-Cervinia ( z przesiadką w Chatilion)  Autobus SAVDA 18,5 euro

Kolejka na Plateu Rosa 32 euro ( bilet tam i z powrotem)

Zakwaterowanie (ceny)

Koszt noclegu w schronisku Carrela 20 euro za noc

Koszt noclegu w schronisku Abruzzi 50 euro za noc

Nocleg w tanim hotelu Perruquet 61 euro za noc

Spanie w namiocie – bezcenne ;)

Przykładowe ceny jedzenia supermarket CRAI

Chleb 2 euro

Piwo 2 euro

Chipsy 1,5 euro

Duża Cola 2,6 euro

Topo (znalezione w sieci)


Dodatkowo jeśli ktoś ma możliwość dostania w swoje ręce książeczki “Cervino. La gran becca” L. Perren to polecam. Na podstawie zdjęć można nieźle ogarnąć topografie drogi od Carrela na szczyt.

You may also like...